Gdy zobaczyłem listę festiwalowych kapel na ten rok, odniosłem wrażenie, że Go Ahead kpi sobie z naszej inteligencji. Bo przecież prawie wszystko już było...
Mogę się tylko domyślać, jak wygląda losowanie kapel. Najpierw w Go Ahead wypisuje się na kartkach nazwy wszystkich zespołów, z którymi współpracuje agencja. Potem jej szef - Łukasz Minta - wyciąga po jednej, niczym magik króliki z kapelusza. Porównanie trafne, bo tak, jak wiemy, co wyciągnie iluzjonista, tak samo z kapelusza Minty nie wyskoczy nagle lew, tygrys czy Metallica. Raz jest Kazik, innym razem Tata Kazika, potem Kazik z Grabażem, Grabaż na Żywo, Martwy Grabaż, Grabaż w sosie słodko-kwaśnym, Grabaż w trumnie, Pidżama Grabaża, The Subways, Nosowska, Hey, Nosowska, Hey, znów The Subways... I jeszcze Pogrzeb Grabaża na dokładkę.
Agencja Go Ahead Grabażem „Jarocina”? W ten sposób można zrobić festiwal nawet w trzy miesiące.
Ale - ku mojemu zaskoczeniu - na Facebooku wszyscy posikani ze szczęścia, że taka superimpreza szykuje się w wakacje. Pozostaje mi tylko pogratulować agencji Go Ahead, że przy zerowym wysiłku osiąga wręcz fizjologiczne efekty u festiwalowiczów. O finansowych nie wspominając.
PS Są już wyniki wszystkich badań, oczywiście są dobre - 21 czerwca pobiorą ode mnie komórki macierzyste.
Czy są odległości nie do pokonania dla przyjaźni? Takie, których ona nie zniesie? Czy 200 km jest jeszcze dopuszczalne? A 900? Gdzie, na mapie przyjaźni, przebiega granica wspólnego istnienia, a gdzie następuje zapomnienie i wkrada się świadomość niepotrzebności, bezużyteczności? A może prawdziwa przyjaźń nie zna granic? Czy oczekiwanie od przyjaciela jednego SMS-a miesięcznie to wygórowane żądania? Czy jeżeli ktoś otwarcie przyznaje, że nie chciał pisać, to nadal jest przyjacielem czy już zupełnie obcą osobą? Czy jeżeli na kluczowe pytania przyjaciel odpowiada, że nie chce o tym mówić, to nadal można taką znajomość nazwać przyjaźnią? Ile przyjaźń jest w stanie znieść? Gdzie są granice, po przekroczeniu których zostajemy sami? Wreszcie - gdzie są granice, po przekroczeniu których to my powinniśmy powiedzieć: „dość!”? A jeśli powiemy, czy można będzie to cofnąć? I czy możemy liczyć na kogoś, kto nie liczy na nas?
To, co jeszcze wczoraj mnie nie przekonywało - szczerość - dziś traktuję jako zaletę. Prawda zawsze jest wiele warta. Ale czy tylko ona świadczy o przyjaźni? A co z całą resztą? Co z zaufaniem, rozmowami, z żartami? Co z pamięcią? Co z tęsknotą?
Zawsze, gdy piszę, że kazano mi zniknąć z czyjegoś życia, to czuję, jakby po raz kolejny te słowa wypowiadał przyjaciel. Dlatego unikam, jak tylko mogę, tych morderczych wyrazów. Zagryzam wargi i znikam. Na dobre. Niska szkodliwość społeczna. A nadziei coraz mniej na słońce...
Cały tydzień odsypiałem festiwal, przez co nie stawiłem się na umówioną wizytę u mojej dentystki (chyba byłem niepoczytalny, zapisując się na godz. 9.00 rano), a dodatkowo spóźniłem się dwukrotnie do pracy. Zdarza się. Ale teraz mogę się spokojnie zabrać za małe podsumowanie największego muzyczno-kulturalnego wydarzenia w mieście.
Podczas całego Jarocin Festiwalu 2010 nie zauważyłem, że to jakieś 30-lecie tej imprezy. Jedyne, co różniło tegoroczny „Jarocin” od kilku poprzednich, to większa scena i - prawdopodobnie - więcej festiwalowiczów. Prawdopodobnie - bo od dawna organizator festiwalu, poznańska agencja Go Ahead, skrzętne ukrywa ilość sprzedanych wejściówek, wymyślając kolejne wymówki. Problemy z liczeniem do... dziesięciu tysięcy? Dwunastu? Brak koncepcji również nie jest zaskoczeniem i nic nie zapowiada, że cokolwiek w tej kwestii się zmieni. Publiczność, jak zawsze, nastawiona megapozytywnie i, co niesłychanie ważne, jarociniacy także bardzo mili dla przyjezdnych. Atmosfera bardzo fajna. Poza tym kilka ciekawych koncertów - to wszystko, czyli bez uniesień i ekstatycznych doznań... muzycznych oczywiście.
Hey w końcu przestał przepraszać. Teraz po każdej piosence dziękuje publiczności. Każdy koncert Nosowskiej jest na podobnym (zawsze wysokim) poziomie. Tym razem też. Szkoda jedynie, że niczym nie zaskakują, że są tacy do bólu przewidywalni... Także Kora dziękowała, dziękowała pięknie i dziękowała pięknie, pięknie. A ona akurat powinna przepraszać. Uwielbiam Korę i Maanam, ale mimo że znam ich piosenki, podczas koncertu chciałbym słyszeć słowa, a nie wyłącznie dudnienie muzyki. Kora na scenie jest kilkadziesiąt lat i braku doświadczenia zarzucić jej na pewno nie można. Tym bardziej dziwią te problemy(?) z nagłośnieniem.
Ska-P - jestem zachwycony! Ale jak się przekonałem, w niektórych kręgach lepiej się do tego nie przyznawać, bo grozi to - co najmniej - ukrzyżowaniem. Kontrowersje budzi szczególnie wykonanie piosenki Crimen Sollicitationis, podczas którego sparodiowano obecnego papieża Benedykta XVI. Podobno to brak szacunku dla symboli religijnych, bo ów Ratzinger machał ze sceny krzyżem i wkładał go sobie między nogi. Cóż... Dla jednych świętością jest krzyż, dla innych ważniejsze są dzieci, w tym przypadku wykorzystywane seksualnie - przez księży, choć nie tylko. I o tym właśnie jest ta piosenka. Nie da się ukryć, że obecny papież, a wtedy jeszcze kardynał, był odpowiedzialny za opracowanie instrukcji Crimen Sollicitationis, która - pod groźbą ekskomuniki - nakazywała ukrywanie pedofilii w kościele. Każda forma napiętnowania tego jest - moim zdaniem - jak najbardziej wskazana.
Pidżama Porno, reaktywowana specjalnie na jubileusz, dzień wcześniej zagrała koncert w Poznaniu. Bywa. Bardzo energetyczny był koncert Comy. Nie zawiodłem się. Była moc! W wielu komentarzach pojawia się opinia, że metalowy zespół Masturbator był genialny. Niestety, czego bardzo żałuję, nie widziałem ich występu. Ale podobno piekło było. Na uwagę zasługuje też Gossip i występ charyzmatycznej wokalistki Beth Ditto. Zdania tu są podzielone. Jednym się nie podobało, innym - tak. Ja jestem w tej drugiej grupie. Kobieta ma power i zajebiste podejście do publiczności! Pod koniec koncertu zeszła ze sceny i udała się między barierki oddzielające prawą stronę publiki od lewej, a po wykonaniu całego numeru wdrapała się z powrotem na platformę, za co otrzymała gorące oklaski.
O młodych kapelach zapomniano. Nowość? Żadna. Organizatorzy w ostatniej chwili uświadomili sobie, że potrzebne jest głosowanie SMS-owe. Nie dziwi więc fakt, że koncerty na Małej Scenie były skutecznie zagłuszane dźwiękami prób ze sceny głównej. A przecież konkurs mógł się odbywać w przerwie między występami gwiazd. Myślę, że wszyscy byliby z tego zadowoleni. Czyżby na ten pomysł nie wpadli jedynie organizatorzy?
Jarociński Ośrodek Kultury zajął się w tym roku nie festiwalem, a jedynie polem namiotowym. Wydawało się, że w końcu zrobi coś, na czym naprawdę się zna. Nic bardziej mylnego. Zameldowanych festiwalowiczów dwa razy tyle co w ubiegłym roku, a liczba przenośnych toalet jakoś nie wzrosła. To samo z umywalkami i prysznicami. W kolejce na pole namiotowe trzeba było w upale czekać ponad 2 godziny i nikt nie wyszedł z informacją, że zostało np. jeszcze 50 wolnych miejsc i reszta ludzi może szukać szczęścia w polu, bynajmniej nie namiotowym. Może za rok JOK dostanie tylko parking? A co dostanie Go Ahead? Może zastąpi Tigerów. Waśko i Minta pokazali przecież, że potrafią zaprowadzić porządek. Co z tego, że w sposób chamski i wulgarny? Widocznie lubią czasem pokrzyczeć na ludzi, powyzywać ich od chujów i kurw...
Aha! Jedzenie było ohydne! A tłumy za płotem zasługują choć na kilka toi toi, żeby nie sikać po polach. Dodatkowe kosze na śmieci też mile widziane. Że o rozrywkach nie wspomnę. Świetnie, że chłopacy pomyśleli i w rytmie bębnów żonglowali pochodniami podczas Pidżamy Porno. Może w przyszłym roku znajdzie się większa ekipa, która zapewni kilka atrakcji za płotem.
Nie umieram już z miłości, ale w każdej chwili mógłbym. Uświadomiłem to sobie wczoraj, w drodze na pewną wiejską, żenującą szopkę w Łuszczanowie. Jednak nieco później zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie mdłości spowodowane chorobą lokomocyjną.
Poza tym, mogę z dumą powiedzieć, że moje ego i pewność siebie - po drobnych zawirowaniach oraz perturbacjach - wróciły do normalnego poziomu, tzn. bardzo wysokiego, który ciągle rośnie...
PS Fragmentu łuszczanowskiej szopki można posłuchać TUTAJ.
Na portalu Gazeta.pl przeczytałem kilka dni temu dość interesujący artykuł, który natychmiast wywołał u mnie pewne skojarzenia z - powiedzmy - wczesną młodością.
- W jednej z klas dzieci biegały, przesuwały ławki, popychały się i krzyczały. Przebywałam w gabinecie obok, słysząc hałas i krzyki za ścianą, weszłam do klasy i próbowałam je uciszyć. Nie słuchały, więc podniosłam głos. Aby je uspokoić, postawiłam je pod ścianą na korytarzu - tłumaczyła się „Gazecie Wyborczej” dyrektorka jednej z podlaskich szkół. A teraz najlepszy fragment! - Chyba zasugerowałam się wiszącą tam gazetką z religii i powiedziałam: „Na kolana” - wyjaśniała. Oczywiście klęczały z rękoma w górze.
Rzeczywiście - niektóre nauczycielki naprawdę potrafią rzucić na kolana. I to jeszcze jak!
Sam taką miałem. To było jakieś jedenaście lat temu - w trzeciej klasie podstawówki - ale jak rzuciła, to do dziś pamiętam.
Kolejna nudna lekcja religii. Kolega chyba był niemiły, coś powiedział katechetce - ona jemu, on odpyskował i tak się zaczęło. Kazała mu wyjść na środek sali. Posłuchał. Choć to zaledwie podstawówka - katechetka była przy nim taaaaka... malutka - jakkolwiek to brzmi. Zaczęła na niego krzyczeć - nie pamiętam czy on stał milcząc pokornie, czy jeszcze próbował coś powiedzieć. A ona się rozkręcała. Podobno dzień wcześniej coś za nią krzyczał na ulicy przy szkole. To teraz krzyczała ona. Że będzie ją przepraszał w „Gazecie Jarocińskiej” i wpłacał jakieś pieniądze na cele charytatywne. To chyba go wtedy rozśmieszyło. A jego śmiech zdenerwował ją jeszcze bardziej. I krzyknęła, że ma klęczeć, już, natychmiast. Zmieszał się. Chyba myślał, że żartuje - niby się jeszcze śmiał, ale mina już nie tęga. A ona uparcie: - Na kolana! Nie chciał, protestował, to sama go rzuciła i kazała się modlić o rozum.
Nie wiem, czy wymodlił, ale z pewnością byłoby z większą korzyścią dla wszystkich, gdyby katechetka kazała całej klasie pomodlić się o rozum dla niej. Co prawda modły nic by nie dały, ale przynajmniej oznaczałoby to, że „nauczycielka” ma świadomość własnej ułomności.
Nie pozostaje mi teraz nic innego, jak tylko pogratulować tym pedagogom, którzy rzucają młodzież na kolana bez użycia przemocy - psychicznej czy fizycznej. Uczniom, którzy pokojowo rzucają na kolana swoich belfrów, także gratuluję. Niech moc będzie z wami!
PS W piątek rusza Jarocin Festiwal 2010 - podobno jubileuszowy. Jeśli wierzyć zapewnieniom organizatorów, to w Jarocinie będą tłumy, jakich to miasto od lat nie widziało. Ile osób przyjedzie? To wieeelka tajemnica. Może milion? Eee... Chyba przesadziłem. Oby choć 10 tysięcy było.
Osobiście, najbardziej czekam na: Hey i Ska-P (piątek), Comę (sobota) oraz Gossip i Korę (niedziela). To do zobaczenia na festiwalu. Ciekawe, czy impreza powali mnie na kolana...
Niewątpliwym minusem kampanii prezydenckiej był brak choćby jednej kandydatki. Sami faceci - na czele z rubasznym i oślizgłym Lepperem.
W drugiej turze, jako że nie wszedł do niej Napieralski, a żaden z pozostałych kandydatów nie zasłużył na mój głos... dopisałem trzecią osobę. Oczywiście kobietę! Trzymając się makaronowej nomenklatury ona jest al dente. I mam podejrzenie - graniczące wręcz z pewnością - że nawet po zsumowaniu IQ Kaczyńskiego i Komorowskiego i tak zabraknie im jakichś 50 punktów, by pobić wynik Dody!
Pierwsza kolejka. Wszyscy piją. I niech tylko ktoś spróbuje odmówić... - Za nasze zdrowie się nie napijesz?! - trwają przekonywania, ale na tym nie koniec, bo przecież nie wystarczy raz powiedzieć: „nie”. - Chociaż jednego, co? Naleję ci - presja coraz większa. Po chwili do proalkoholowej agitacji przyłączają się kolejne osoby. - Czemu nie chcesz się napić? Przecież jesteś pełnoletni, nie bądź dzieckiem. Jeden kieliszek ci nie zaszkodzi. Niezależnie od tego czy się ulegnie, czy też okaże silną wolę... wiadomo - druga kolejka jest nieuchronna. I sytuacja się powtarza: - Na drugą nóżkę! albo: - Jeszcze nie piłeś, podaj kieliszek...
Pół biedy, jeśli osoba niepijąca ma na tyle silną wolę, by przetrwać całą imprezę i nie ugiąć się pod naporem, presją, namowami czy nawet szydzeniem. Pół biedy nawet, jeśli ktoś ulegnie raz, ale przez resztę przyjęcia nie sięgnie po drugi kieliszek, konsekwentnie odmawiając - często wymyślając najróżniejsze wymówki, po przecież nie można powiedzieć po prostu: „ja nie piję” - to byłoby zbyt niegrzeczne.
Jest impreza! Wow! Bawmy się! Chlajmy do nieprzytomności! Nie ważne, że jeden z naszych gości (oby tylko jeden!) ma problem z alkoholem. Gospodarz imprezy to wie. Pozostali goście również. Ale co tam! Polewamy! Co z tego, że gość ledwo utrzymuje się na krześle? Niech nawet pijanym ryjem wpadnie w talerz! Jeśli tylko jest w stanie utrzymać kieliszek, to trzeba mu nalać. A nawet, jeśli kieliszek nazbyt mu ciąży, to i tak trzeba nalać, bo może zaraz trochę dojdzie do siebie, a to niedopuszczalne, by siedział wtedy o suchym pysku... Przecież po to tu przyszedł! Bo chyba nie dla towarzystwa i nie z sympatii do gospodarzy, tylko po to, żeby pić, pić i chlać! A każdy dobry gospodarz dba, żeby gościom niczego nie brakowało - szczególnie w kieliszkach.
I nie ma dla nikogo znaczenia, ile rodzinnych dramatów się za tym kryje...