czwartek, 9 grudnia 2010

Gretkowska już nie szokuje


Przeczytałem książkę Manueli Gretkowskiej pt. „Obywatelka”. Jest mi głupio. Nie zaskakują mnie kulisy wielkiej polityki. Brudne gry, rzeczywistość. Zero zdziwienia. Gdzie się podziała moja dziecięca naiwność? Idealistyczne podejście do życia? Czyżbym tak bardzo przesiąkł już lokalnymi układami i obserwowaniem gierek, że nic mnie nie zaskakuje? Wszystko, o czym pisze Gretkowska jest tak normalne i znane, że już nie robi wrażenia? Nie szokuje?

Czytałem i chciałem, żeby kobiety wygrały, choć przecież doskonale znałem wyniki poprzednich wyborów do sejmu...

Podziwiam Gretkowską. Znam dobrze to uczucie - ułamek sekundy, chwila, gdy wszystko wydaje się możliwe do zrealizowania, tak proste i oczywiste. Założyć partię? Żaden problem. Kobiety poprą, znajdą się darczyńcy i fundusze. A później już tylko... same przeszkody i kolejne problemy do rozwiązania.

Pisarka przewróciła swoje życie do góry nogami. Akt odwagi czy głupoty? Spała po cztery godziny, z ustawą o partiach pod poduszką. Przez rok nie było innych tematów. Ważna była tylko Partia Kobiet. Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów - jeździła po całej Polsce na spotkania, szkolenia, wywiady, ciągnęła za sobą nieślubnego męża i nieślubną córkę. Albo to oni ciągnęli się za nią. Wspierali ją. Choć Piotr mówił, że gdyby z nie jeździł z Manuelą, to ich związek by się rozpadł. Nie spędzaliby ze sobą czasu, ciągle by się mijali. Jak pisze Gretkowska, stacja benzynowa stała się dla nich sklepem, restauracją, wszystkim. Bo wszystko inne było już zamknięte, gdy wracali do domu.

Tyle wyrzeczeń, pomysłów, poświęcenia i determinacji. A jednak - niestety - Partii Kobiet się nie udało. Podobno faceci, nawet gdy się nienawidzą, potrafią się zjednoczyć, by osiągnąć wspólny cel. A kobiety? Kłócą się, walczą między sobą. Piotr powiedział Manueli, że odniosła sukces. Coś, co teoretycznie nie powinno się udać, nie powinno nawet odskoczyć od ziemi - uniosło się, pofrunęło. Mimo konfliktów stworzono struktury partii i wystartowano w wyborach, pierwszy raz kobiety się zorganizowały. Dobre choć tyle. Polecam „Obywatelkę”.


sobota, 20 listopada 2010

Pedały, co was tak mało?!

W telewizji zawsze uśmiechnięte gęby - bębny, flagi, transparenty. Można poczuć dumę, że ludzie w Polsce mają motywację, by zorganizować się i odwagę, aby wyjść na ulice.

Zbliża się 14.00. Mija mnie grupka bębnierzy i bębniarek. Od razu widać, że idziemy w tym samym kierunku. Ubrani na różowo, beztroscy i uśmiechnięci. Ludzie gęstnieją pod Teatrem Wielkim. Atmosfera jest spokojna, radosna. Na muzyków już czekają różowi znajomi - jeden z chłopaków na kurtkę załozył różowy stanik, a na spodnie koronkowe figi. Sympatycznie.

Wybija godzina zero - 14.00, ale nie ruszamy. Policja prosi manifestujących o odrobinę cierpliwości. Kordon funkcjonariuszy oddziala kibiców Lecha. Kibole zaczynają krzyczeć: "Pedały, co was tak mało?!". "Tęczowi" nie wyglądają ani na zaskoczonych, ani tym bardziej wystraszonych. Pewnie są już przyzwyczajeni - ja nie. W końcu ruszamy. Grają bębny. Od czasu do czasu przerwa na wykrzyczenia haseł: "Wolność, równość, tolerancja!", "Żądamy ustawy o związkach partnerkich!", "Dość łamania praw człowieka!" czy "Każdy inny, wszyscy równi!". Kibole towarzyszą nam cały czas. Obok mnie idzie małżeństwo z kilkuletnią dziewczynką. Na Starym Rynku jakiś nierozgarnięty miłośnik Lecha krzyczy do mężczyzny: - Jesteś popierdolony! Z dzieckiem przychodzisz?! Jesteś pojebany! Powinni cię zamknąć! A dziecko powinna zabrać opieka społeczna! Popierdoliło cię! Podczas całej trasy tego typu okrzyków było znacznie więcej, a stopień ich wulgarności wzrastał. Szliśmy dalej. Ludzie poprzewieszani na parapetach, jak w muzeum sztuki nowoczesnej. Niektórzy machali z uśmiechem, inni pokazywali "fuck you" i coś wykrzykiwali. Prawie wszyscy robili zdjęcia. Również przechodnie. Jak na spektaklu albo w cyrku.

Nikt się nie zastanawia, jak trudno tak kroczyć, co czują manifestujący wyzywani od pedałów, lesb, zboczeńców. Nikt nie zastanawia się, jak trudna bywa codzinność, jak strasznie przytłaczająca. Zawsze tylko uśmiechnięte gęby.

Udział w Marszu Równości to nie tylko demokratyczny przywilej. To również, a być może przede wszystkim, obowiązek - nie tylko społeczności LGBT, ale wszystkich, którzy chcą żyć w naprawdę wolnym, tolerancyjnym i sprawiedliwym kraju. Obowiązek niełatwy.

Niektórzy są takim manifestacjom przeciwni. Twierdzą, że to promocja homoseksualizmu. Ale czy trzymający się za rękę chłopak i dziewczyna są napiętnowani za to, że promują heteroseksualizm? Nie. Jeżeli już cokolwiek manifestują, to jedynie miłość do siebie. Spójrzmy w ten sam sposób na osoby homoseksualne. No i warto pamiętać, że sufrażystki też nie siedziały w domach i nie narzekały, tylko wychodziły na ulice i domagały równych praw. Niedługo potem dostały m.in. prawa wyborcze. Tylko publiczne manifestowanie, wywieranie presji na rządzących może doprowadzić do zmian na lepsze. Zatem: Co Was tak mało?!

A jutro wybory samorzadowe, więc wszyscy do urn! Wybierzmy mądzrze!

poniedziałek, 11 października 2010

Urzędnik z wrażliwością wiertarki

Jak najlepiej zareklamować kandydatkę na radną? Powiedzieć, że jest piękna i do wzięcia. Bo przecież same kompetencje czy doświadczenie nie wystarczą. Szczególnie, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie, że kompetencji rzeczywiście brak... Silnego, wyrazistego charakteru - a zwłaszcza odwagi - też jakby niedomiar.

W pierwszą sobotę października na rynku odbył się wiec. Przedstawiono listę kandydatów startujących z trzech komitetów ugrupowania Ziemia Jarocińska. Burmistrz Pawlicki rozdawał jabłka, grał, a raczej piszczał na dudach... Sielanka.

Na scenę kolejno wchodzili liderzy list - prezentowali swoich kandydatów do samorządu i opowiadali o ich dotychczasowych osiągnięciach. Szczególnie wyróżnił się jeden lider. I - wbrew pozorom - nie jest to tym razem Jan Szczerbań. Chodzi o Mikołaja Szymczaka, dyrektora wydziału oświaty w jarocińskim urzędzie. Z wrażliwością młota pneumatycznego lub co najmniej wiertarki udarowej powiedział o Katarzynie Baumann: - Ma wspaniałe zainteresowania: muzyka, sport, szybki sport - motorower, film... No i jest panną, piękna panną do wzięcia, tak że chłopaki, warto pomyśleć... - zachęcał do głosowania na urzędniczkę starostwa. To seksizm w czystej postaci! Skandaliczna wypowiedź! Bo czy jedynym osiągnięciem Katarzyny Baumann jest bycie piękną kobietą? A może bycie kobietą do wzięcia? Ale nie tylko seksistowskim podejściem do kobiety skompromitował się urzędnik Szymczak. Wykazał się totalnym brakiem wrażliwości i niezrozumieniem dla trudnej sytuacji osobistej pani Baumann. To podwójna kompromitacja.

Niestety, sama zainteresowana też wypada blado. Twierdzi, że wszystko w porządku. I że sama nie powiedziałaby o sobie niczego innego. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby Katarzyna Baumann weszła na scenę i powiedziała o sobie: „Jestem piękna i do wzięcia. Kandyduję na radną, głosujcie!”. Gdyby rzeczywiście tak zrobiła, to mielibyśmy dowód, że innych sukcesów zawodowych - poza urodą - tej pani brak. A więc dlaczego nie protestuje przeciwko takim określeniom swojej osoby, przeciwko niemerytorycznym, seksistowskim komentarzom? Myślę, że nie chce się narażać. A skoro nie chce, to będzie bardzo dobrą radną, tzw. maszynką do głosowania. Nie trzeba myśleć, można wyglądać. Byle tylko w odpowiednim momencie podnieść rękę podczas głosowania. Jak mówi Katarzyna Baumann, Mikołaj Szymczak jako lider listy, zna ją najlepiej, więc wie co mówi. A więc bierzmy tę kandydatkę w wyborach?

No tak... Zapomniałem. Na listach Ziemi Jarocińskiej jest zaledwie 20% kobiet. W większości mają kiepskie miejsca, więc i tak nie mają za dużych szans na dostanie się do rady...

Kompetentne, odważne kobiety, walczcie o dobre miejsca na listach!

piątek, 17 września 2010

Palący stosunek

Czeladź, 1736. Po wojnach ze Szwedami miasto zmaga się z kryzysem. Jakby tego było mało, zostaje zniszczone przez powódź. Podobno deszcz padał przez 73 dni. Winowajczynię znaleziono bardzo szybko. Okazała się nią zamożna wdowa - Katarzyna Włodczykowa. Po krótkim procesie o czary kobietę ścięto, a następnie zwłoki spalono na stosie. Był rok 1740.

Trzeba przyznać, że Włodczykowa miała sporo szczęścia. Po pierwsze - nie płonęła na stosie żywcem, co było niezwykle popularną praktyką. A po drugie - krótko po śmierci została uniewinniona, choć zainteresowanej było już zapewnie wszystko jedno.

Obecny burmistrz, zafascynowany historią czarownicy, postanowił zbudować jej pomnik. Miał stanąć na skwerku, przy kościele. Odsłonięcie nieszczęśliwie wyznaczono na dzień... odpustu z okazji 750-lecia czeladzkiej parafii. W pomyśle władz od razu dopatrzono się iście szatańskich działań i zamiast pomnika spalonej w XVIII wieku czarownicy, na skwerku stanęło anielskie trio. - Anioły są po to, żeby wskazywały ludziom drogę do kościoła - pochwalił zamianę w portalu zaglebie.info lokalny proboszcz Jarosław Wolski.

Dlaczego o tym piszę? Sprawą zajął się dzisiejszy Teleekspress. W pamięci utkwiła mi przede wszystkim wypowiedź jednej z mieszkanek Czeladzi. Kobieta w średnim wieku jest przeciwna stawianiu czarownicy na skwerku. - Z tej racji, że w pobliżu kościoła może by nie pasowało - mówi. Zastanawiam się dlaczego... Wszak kościół ma w swojej historii bardzo ciepłe relacje z czarownicami. Ciepłe. Hmm... To jednak zbyt chłodne słowo. To były niesłychanie gorące relacje, wręcz... palące.

W średniowieczu czarownice odpowiadały za wszystko (co złe, oczywiście). Za suszę, która zniszczyła plony; za deszcz, wywołujący powódź; za pożar, który strawił całą wieś; za impotencję mężczyzn i wszelkie choroby. Łatwiej byłoby napisać, za co wstrętne czarownice nie ponosiły odpowiedzialności... Nierzadko zdarzało się, że palono dzieci, głównie dziewczynki. Bywało i tak, że o czary oskarżano całą wioskę. Samo spalenie na stosie nie wystarczało. Kobiety podejrzewane o kontakty z diabłem zazwyczaj wcześniej torturowano. Bicie, kopanie czy topienie były normalną praktyką, ale wyobraźnia inkwizytorów nie znała granic. Nagą, ogoloną kobietę nakłuwano, szukając miejsca pozbawionego czucia. Czarownicom wlewano do gardeł gorący olej, smarowano smołą, rozciągano ciała. Popularne było łamanie stawów, nastawianie ich i ponowne łamanie. Wbijanie igieł pod paznokcie również cieszyło się ogromną popularnością. Myli się ten, kto myśli, że tortury ominęły dzieci. Przypalano je żelazem, palono na wolnym ogniu. Oczywiście świadczyło to o wyrozumiałości inkwizytorów. Przecież musiały się przyzwyczaić do piekielnego ognia...

Ile czarownic spalono? Trudno powiedzieć. Najczęściej ocenia się, że kilkaset tysięcy, może milion. Zdecydowanie kościół katolicki (głównie, choć nie tylko on) miał palący stosunek do czarownic, do kobiet w ogóle. Nie znajduję więc racjonalnego argumentu, by dziś pomnik czarownicy nie mógł stanąć obok kościoła.

Osobom zainteresowanym tematem polowań na czarownice polecam bardzo ciekawy artykuł prof. Magdaleny Środy z 2000 roku dostępny TUTAJ oraz artykuły (w tym m.in. „Młot na czarownice” - podręcznik napisany przez dwóch inkwizytorów) w portalu racjonalista.pl TUTAJ.

PS To mój pierwszy wpis w tym miesiącu - ku radości niektórych ;) Mam sporo na głowie, a poza tym, ogarnęła mnie jakaś niemoc twórcza... W poniedziałek wyjeżdżam za granicę, a po powrocie od razu na Śląsk :D Na pewno wrócę z genialnymi pomysłami na blogowe wpisy i z tego powodu co 5 minut będę popadał w megasamouwielbienie ;-)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Krzyż splamiony

W telewizji, w gazetach... - wszyscy mówią, że za krzyż można było iść do więzienia, że można było stracić życie, że trzeba bronić tego symbolu polskości. Podkreślają, że wyraża on piękno w najczystszej formie, miłość, zbawienie, ocalenie. Należy mu się szacunek, trzeba go podziwiać i wielbić. A przecież z krzyżem na piersiach mordowano ludzi, prowadzono krucjaty. Kościół torturował czarownice, a później palił je na stosach. Mroczne karty kościoła są splamione krwią i to bynajmniej nie Chrystusa. Dla Żydów krzyż symbolizuje represje ze strony chrześcijan i zagładę. Ustawowo próbuje zakazać się propagowania komunizmu i jego symboli. Jednak krzyż - symbol krzywd i cierpienia - od wieków ma się, niestety, całkiem nieźle. Nikt chyba nie ma wątpliwości, co symbolizuje swastyka i próżno tego symbolu szukać gdziekolwiek. Co więc stawia krzyż na tak uprzywilejowanej pozycji? Nie znamy czy nie chcemy znać krzyżowej historii?

Ostatnio w sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu głos zabrał Episkopat. Zaskoczenia nie było. To przecież nie ich sprawa. I, jak słusznie zauważa Monika Olejnik, miejmy nadzieję, że to również nie będzie sprawa Episkopatu, kiedy krzyże będą zdejmowane ze ścian szkół czy urzędów.