wtorek, 18 stycznia 2011

Proszę wziąć kamień i mi przypierdolić

Rozmowa z 25-letnim, sympatycznym facetem.

To trochę daleko.
No to co, świat jest mały, zapraszam na urlop w góry... (...) Mieszkam sam, w budynku oddalonym od plebanii, tzn. w wikarówce, jest kameralnie i miło. I intymnie.
Co lubisz w seksie?
Oral, pieszczoty, masaże, namiętność, długi seks, anal wolę jako pasyw. Lubię każdą fajną zabawę.
Jak możesz być antyklerykałem?
Normalnie. Nie znoszę kleszego słownictwa, stylu, przekonań, kolesiostwa, skurczysyństwa, intryg, kompleksu władzy. Nie mówię kazań językiem ugłaskanym jak bym jaj nie miał. Po prostu: uważam, że nie jest dobrze, gdy kler okupuje wszystkie możliwe pozycje udając, że ich nie okupuje. A czy Jezus nie był antyklerykałem?
Ale jednak zdecydowałeś się na seminarium... I jesteś częścią tej machiny o nazwie kościół.
Ale jestem taką częścią, jaką - jak uważam - warto być. Poza tym uważam, że Jezus ma rację. I mam ochotę żyć tak jak On: narażać się i brać konsekwencje na siebie, jeśli tylko mam przekonanie, że w danej sytuacji powinienem. Kocham Jego bezkompromisowość. Nie znoszę słodko-cukierkowatego sosu, jakim się o Nim pierdoli. W ten sposób warto być klechą. Bo, jak by nie było, dzięki ich gadaniu ludzie o Nim nie zapomnieli.
Bycie homo nie przeszkadza w tym?
Przeszkadza, ale są gorsze przeszkody.
A bycie - że tak to nazwę - czynnym gejem? To chyba jeszcze gorzej...
Taa... Proszę teraz wziąć kamień i mi nim przypierdolić. Tylko kto miałby takie prawo? Złodziej? Kryptotata w sutannie? Jan Paweł II? Kto? Rzecz w tym, żeby tyle sił dobra, ile w sobie mam, spożytkować dobrze. Za grzech zapłacę. Mam świadomość.
Ale można starać się nie żyć w grzechu, jak by powiedzieli katolicy... Ile ci zostało do święceń? Dużo?
Jestem diakonem. Prezbiterat w maju.


wtorek, 11 stycznia 2011

Na ulicach szaro i śmierdzi...

Jeszcze niedawno dookoła leżał biały śnieg, a teraz szaro, ponuro i brudno. Wszędzie psie kupy i w ogóle ulice śmierdzą gównem...

Tu jakaś kobieta w siwym płaszczu, kawałek dalej inna, w martwobeżowym. Szara masa bezrefleksyjnie przesuwa się po szarej powierzchni miasta, mając nad sobą szare niebo, a pod nogami brudnoszare resztki śniegu. Z kominów wydobywa się czarno-szary dym. Po chwili śmierdzą nim włosy i ubrania. Gówna na chodnikach, ludzie w piecach palą gównami. Ja sam w gównianej, oliwkowo-szaro-granatowej kurtce i butach, które teoretycznie powinny być białe.

Gdzie ten radosny pan, jadący różowym rowerem, którego widziałem latem? Gdzie te dwie staruszki, trzymające się za rękę w centrum miasta? Gdzie ten facet w zabawnej, czerwonej czapeczce z pomponem?

Żadnej różnorodności, brak kolorów, zero życia.

Krajobraz doskonale uzupełniłby maszerujący głównymi ulicami kondukt żałobny. Albo marsz nacjonalistów lub tzw. „obrońców krzyża”. Tu jest Polska! Tu Jarocin! Tutaj tylko nuda. Aaaaa! Nie tylko! Jak mogłem zapomnieć?! Jeszcze jest szatan w Jarocinie - zdaniem „mojego” ulubionego biskupa. Szkoda, że go nie widać, bo przynajmniej coś by się działo. I może byłoby cieplej na dworze :-)

PS Dziś Dzień Wegetarian. Z tej okazji życzę wszystkim, aby zwierzątka na Waszych stołach gościły jak najrzadziej, a najlepiej wcale. I dużo zieleniny jeść, bo zdrowa :P

czwartek, 9 grudnia 2010

Gretkowska już nie szokuje


Przeczytałem książkę Manueli Gretkowskiej pt. „Obywatelka”. Jest mi głupio. Nie zaskakują mnie kulisy wielkiej polityki. Brudne gry, rzeczywistość. Zero zdziwienia. Gdzie się podziała moja dziecięca naiwność? Idealistyczne podejście do życia? Czyżbym tak bardzo przesiąkł już lokalnymi układami i obserwowaniem gierek, że nic mnie nie zaskakuje? Wszystko, o czym pisze Gretkowska jest tak normalne i znane, że już nie robi wrażenia? Nie szokuje?

Czytałem i chciałem, żeby kobiety wygrały, choć przecież doskonale znałem wyniki poprzednich wyborów do sejmu...

Podziwiam Gretkowską. Znam dobrze to uczucie - ułamek sekundy, chwila, gdy wszystko wydaje się możliwe do zrealizowania, tak proste i oczywiste. Założyć partię? Żaden problem. Kobiety poprą, znajdą się darczyńcy i fundusze. A później już tylko... same przeszkody i kolejne problemy do rozwiązania.

Pisarka przewróciła swoje życie do góry nogami. Akt odwagi czy głupoty? Spała po cztery godziny, z ustawą o partiach pod poduszką. Przez rok nie było innych tematów. Ważna była tylko Partia Kobiet. Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów - jeździła po całej Polsce na spotkania, szkolenia, wywiady, ciągnęła za sobą nieślubnego męża i nieślubną córkę. Albo to oni ciągnęli się za nią. Wspierali ją. Choć Piotr mówił, że gdyby z nie jeździł z Manuelą, to ich związek by się rozpadł. Nie spędzaliby ze sobą czasu, ciągle by się mijali. Jak pisze Gretkowska, stacja benzynowa stała się dla nich sklepem, restauracją, wszystkim. Bo wszystko inne było już zamknięte, gdy wracali do domu.

Tyle wyrzeczeń, pomysłów, poświęcenia i determinacji. A jednak - niestety - Partii Kobiet się nie udało. Podobno faceci, nawet gdy się nienawidzą, potrafią się zjednoczyć, by osiągnąć wspólny cel. A kobiety? Kłócą się, walczą między sobą. Piotr powiedział Manueli, że odniosła sukces. Coś, co teoretycznie nie powinno się udać, nie powinno nawet odskoczyć od ziemi - uniosło się, pofrunęło. Mimo konfliktów stworzono struktury partii i wystartowano w wyborach, pierwszy raz kobiety się zorganizowały. Dobre choć tyle. Polecam „Obywatelkę”.


sobota, 20 listopada 2010

Pedały, co was tak mało?!

W telewizji zawsze uśmiechnięte gęby - bębny, flagi, transparenty. Można poczuć dumę, że ludzie w Polsce mają motywację, by zorganizować się i odwagę, aby wyjść na ulice.

Zbliża się 14.00. Mija mnie grupka bębnierzy i bębniarek. Od razu widać, że idziemy w tym samym kierunku. Ubrani na różowo, beztroscy i uśmiechnięci. Ludzie gęstnieją pod Teatrem Wielkim. Atmosfera jest spokojna, radosna. Na muzyków już czekają różowi znajomi - jeden z chłopaków na kurtkę załozył różowy stanik, a na spodnie koronkowe figi. Sympatycznie.

Wybija godzina zero - 14.00, ale nie ruszamy. Policja prosi manifestujących o odrobinę cierpliwości. Kordon funkcjonariuszy oddziala kibiców Lecha. Kibole zaczynają krzyczeć: "Pedały, co was tak mało?!". "Tęczowi" nie wyglądają ani na zaskoczonych, ani tym bardziej wystraszonych. Pewnie są już przyzwyczajeni - ja nie. W końcu ruszamy. Grają bębny. Od czasu do czasu przerwa na wykrzyczenia haseł: "Wolność, równość, tolerancja!", "Żądamy ustawy o związkach partnerkich!", "Dość łamania praw człowieka!" czy "Każdy inny, wszyscy równi!". Kibole towarzyszą nam cały czas. Obok mnie idzie małżeństwo z kilkuletnią dziewczynką. Na Starym Rynku jakiś nierozgarnięty miłośnik Lecha krzyczy do mężczyzny: - Jesteś popierdolony! Z dzieckiem przychodzisz?! Jesteś pojebany! Powinni cię zamknąć! A dziecko powinna zabrać opieka społeczna! Popierdoliło cię! Podczas całej trasy tego typu okrzyków było znacznie więcej, a stopień ich wulgarności wzrastał. Szliśmy dalej. Ludzie poprzewieszani na parapetach, jak w muzeum sztuki nowoczesnej. Niektórzy machali z uśmiechem, inni pokazywali "fuck you" i coś wykrzykiwali. Prawie wszyscy robili zdjęcia. Również przechodnie. Jak na spektaklu albo w cyrku.

Nikt się nie zastanawia, jak trudno tak kroczyć, co czują manifestujący wyzywani od pedałów, lesb, zboczeńców. Nikt nie zastanawia się, jak trudna bywa codzinność, jak strasznie przytłaczająca. Zawsze tylko uśmiechnięte gęby.

Udział w Marszu Równości to nie tylko demokratyczny przywilej. To również, a być może przede wszystkim, obowiązek - nie tylko społeczności LGBT, ale wszystkich, którzy chcą żyć w naprawdę wolnym, tolerancyjnym i sprawiedliwym kraju. Obowiązek niełatwy.

Niektórzy są takim manifestacjom przeciwni. Twierdzą, że to promocja homoseksualizmu. Ale czy trzymający się za rękę chłopak i dziewczyna są napiętnowani za to, że promują heteroseksualizm? Nie. Jeżeli już cokolwiek manifestują, to jedynie miłość do siebie. Spójrzmy w ten sam sposób na osoby homoseksualne. No i warto pamiętać, że sufrażystki też nie siedziały w domach i nie narzekały, tylko wychodziły na ulice i domagały równych praw. Niedługo potem dostały m.in. prawa wyborcze. Tylko publiczne manifestowanie, wywieranie presji na rządzących może doprowadzić do zmian na lepsze. Zatem: Co Was tak mało?!

A jutro wybory samorzadowe, więc wszyscy do urn! Wybierzmy mądzrze!

poniedziałek, 11 października 2010

Urzędnik z wrażliwością wiertarki

Jak najlepiej zareklamować kandydatkę na radną? Powiedzieć, że jest piękna i do wzięcia. Bo przecież same kompetencje czy doświadczenie nie wystarczą. Szczególnie, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie, że kompetencji rzeczywiście brak... Silnego, wyrazistego charakteru - a zwłaszcza odwagi - też jakby niedomiar.

W pierwszą sobotę października na rynku odbył się wiec. Przedstawiono listę kandydatów startujących z trzech komitetów ugrupowania Ziemia Jarocińska. Burmistrz Pawlicki rozdawał jabłka, grał, a raczej piszczał na dudach... Sielanka.

Na scenę kolejno wchodzili liderzy list - prezentowali swoich kandydatów do samorządu i opowiadali o ich dotychczasowych osiągnięciach. Szczególnie wyróżnił się jeden lider. I - wbrew pozorom - nie jest to tym razem Jan Szczerbań. Chodzi o Mikołaja Szymczaka, dyrektora wydziału oświaty w jarocińskim urzędzie. Z wrażliwością młota pneumatycznego lub co najmniej wiertarki udarowej powiedział o Katarzynie Baumann: - Ma wspaniałe zainteresowania: muzyka, sport, szybki sport - motorower, film... No i jest panną, piękna panną do wzięcia, tak że chłopaki, warto pomyśleć... - zachęcał do głosowania na urzędniczkę starostwa. To seksizm w czystej postaci! Skandaliczna wypowiedź! Bo czy jedynym osiągnięciem Katarzyny Baumann jest bycie piękną kobietą? A może bycie kobietą do wzięcia? Ale nie tylko seksistowskim podejściem do kobiety skompromitował się urzędnik Szymczak. Wykazał się totalnym brakiem wrażliwości i niezrozumieniem dla trudnej sytuacji osobistej pani Baumann. To podwójna kompromitacja.

Niestety, sama zainteresowana też wypada blado. Twierdzi, że wszystko w porządku. I że sama nie powiedziałaby o sobie niczego innego. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby Katarzyna Baumann weszła na scenę i powiedziała o sobie: „Jestem piękna i do wzięcia. Kandyduję na radną, głosujcie!”. Gdyby rzeczywiście tak zrobiła, to mielibyśmy dowód, że innych sukcesów zawodowych - poza urodą - tej pani brak. A więc dlaczego nie protestuje przeciwko takim określeniom swojej osoby, przeciwko niemerytorycznym, seksistowskim komentarzom? Myślę, że nie chce się narażać. A skoro nie chce, to będzie bardzo dobrą radną, tzw. maszynką do głosowania. Nie trzeba myśleć, można wyglądać. Byle tylko w odpowiednim momencie podnieść rękę podczas głosowania. Jak mówi Katarzyna Baumann, Mikołaj Szymczak jako lider listy, zna ją najlepiej, więc wie co mówi. A więc bierzmy tę kandydatkę w wyborach?

No tak... Zapomniałem. Na listach Ziemi Jarocińskiej jest zaledwie 20% kobiet. W większości mają kiepskie miejsca, więc i tak nie mają za dużych szans na dostanie się do rady...

Kompetentne, odważne kobiety, walczcie o dobre miejsca na listach!